Grudziądz, kolejne miasto, kolejny obiekt, na którym łódzki Widzew miał zdobyć ważne trzy punkty. Mimo kilku ważnych ubytków w składzie spowodowanych nadmiarem kartek podczas ostatniego derbowego meczu przed meczem, to Widzew był brany pod uwagę jako główny faworyt do zgarnięcia trzech oczek. Wszystko wyglądało dobrze, przynajmniej w pierwszej połowie. Właściwie nawet i w drugiej można pod wieloma aspektami nie przyczepiać się do gry lidera II ligi. Niestety samo bronienie wyniku i wyczekiwanie na kontry, nie okazał się najlepszym sposobem na wywalczenie kolejnego zwycięstwa, dlatego też Widzew do siebie wracać musi na tarczy. Dlaczego tak się stało? Kto zawiódł?
Nietrafione zmiany
Z pewnością zmiany nie do końca były trafione. Dawid Banaszak dostał szansę, na którą od dłuższego czasu czekał i taką też dostał. Zastąpił Daniela Mąkę zapewne po to, by móc się wykazać w przodzie. Wynik dla Widzewa był korzystny i w dodatku dość bezpieczny, dlatego też łodzianie mogli sobie pozwolić na wyczekiwanie błędów rywala i kontry, które w wykonaniu gości dobrze wychodzą. Trudno było oczekiwać po młodzieżowcu, by ten zagrał tak dobrze jak popularny "Mączka". Jest to nieco inny typ zawodnika i nieco inny prezentuje styl gry. Trudno mieć pretensje też do niego o to, że Widzew przegrał. Niewątpliwie jednak wiele nie pokazał, a z rezerwowych miał na to najwięcej czasu. Całkiem przyzwoicie zagrał natomiast Marcel Pięczek, który w moim odczuciu dał najlepsze zmiany. Zaliczył kilka odbiorów i dał nieco świeżej krwi na boku boiska. Możliwe jednak, że na murawie powinien jednak pozostać Konrad Gutowski, który mógłby dać coś jeszcze w przodzie. Ogólnie jednak rozumiem i w tym przypadku trenera Radosława Mroczkowskiego. Wprowadził defensywnego zawodnika w celu bronienia korzystnego rezultatu i do niego właściwie pretensji mieć nie może. Najmniej czasu miał natomiast Nika Kwantaliani, zawiódł jednak przy pierwszym golu. Jest współautorem udanego strzału jednego z piłkarzy Grudziądza. Tak naprawdę jednak na jego miejscu powinien był być ktoś inny. Pytanie dlaczego Gruzin musiał cofać się tak głęboko.
Brak dokładności
Widzew mógł postawić kropkę nad i. Mógł, lecz tego nie zrobił. Kilka kontr w drugiej połowie zostało wyprowadzonych, lecz każda została zmarnowana. Maciej Kazimierowicz, Mikołaj Gibas oraz Mateusz Michalski mając świeżych zawodników w przodzie mogli, a nawet i powinni ich uruchomić w ten sposób, by zdobyć trzeciego gola. Olimpia jakby nie patrzeć odkryła się i nie wiedzieć czemu łodzianie nie wykorzystali dziur. Nawet na początku drugiej odsłony nieco lepiej mógł zachować się Filip Mihaljević. Później łodzianie wyprowadzili także kontrę lewą flanką, ale dośrodkowanie było za mocne i przeleciało przez całe pole karne. Takich zagrań było oczywiście więcej. Być może trener powinien był wprowadzić kogoś do środka pola za mniej doświadczonego Gibasa. Może postawienie na Michaela Ameyawa rozruszałoby nieco ofensywę łodzian, tym bardziej że zawodnik ten nieźle prezentował się podczas swoich poprzednich występów.
Błędy indywidualne
Największe zastrzeżenia jednak kibice powinni mieć do linii defensywnej łodzian. Głównie chyba do pary środkowych obrońców. Trener powinien zadać pytanie Sebastianowi Zielenieckiemu oraz Radosławowi Sylwestrzakowi, gdzie obaj byli, gdy strzelał chociażby Przemysław Kita. Napastnik Olimpii nie powinien w ogóle nawet dostać szansy odwrócenia się, nie mówiąc o jakimkolwiek nawet zamachnięciu się, a ten dostał nawet czas na strzał. Sylwestrzak również nie powinien raczej faulować w takim momencie meczu przeciwnika, więc może sobie pluć w brodę. Bliski wyratowania remisu był Patryk Wolański, zabrakło jednak asekuracji dwóch stoperów, którzy zapomnieli chyba, że gra się do końca.
Mimo wszystko Widzewowi przyda się taki zimny prysznic. Kiedyś w końcu trzeba było przegrać. Dobrze, że łodzianie wywalczyli sobie akurat dużą przewagę punktową, dlatego do kolejnych spotkań można podchodzić spokojniej. Ten mecz pokazał, że Widzew nie jest nietykalny i można mu odebrać punkty, a sami piłkarze łódzkiego zespołu powinni po tej porażce być bardziej skoncentrowani w kolejnych meczach.
Nietrafione zmiany
Z pewnością zmiany nie do końca były trafione. Dawid Banaszak dostał szansę, na którą od dłuższego czasu czekał i taką też dostał. Zastąpił Daniela Mąkę zapewne po to, by móc się wykazać w przodzie. Wynik dla Widzewa był korzystny i w dodatku dość bezpieczny, dlatego też łodzianie mogli sobie pozwolić na wyczekiwanie błędów rywala i kontry, które w wykonaniu gości dobrze wychodzą. Trudno było oczekiwać po młodzieżowcu, by ten zagrał tak dobrze jak popularny "Mączka". Jest to nieco inny typ zawodnika i nieco inny prezentuje styl gry. Trudno mieć pretensje też do niego o to, że Widzew przegrał. Niewątpliwie jednak wiele nie pokazał, a z rezerwowych miał na to najwięcej czasu. Całkiem przyzwoicie zagrał natomiast Marcel Pięczek, który w moim odczuciu dał najlepsze zmiany. Zaliczył kilka odbiorów i dał nieco świeżej krwi na boku boiska. Możliwe jednak, że na murawie powinien jednak pozostać Konrad Gutowski, który mógłby dać coś jeszcze w przodzie. Ogólnie jednak rozumiem i w tym przypadku trenera Radosława Mroczkowskiego. Wprowadził defensywnego zawodnika w celu bronienia korzystnego rezultatu i do niego właściwie pretensji mieć nie może. Najmniej czasu miał natomiast Nika Kwantaliani, zawiódł jednak przy pierwszym golu. Jest współautorem udanego strzału jednego z piłkarzy Grudziądza. Tak naprawdę jednak na jego miejscu powinien był być ktoś inny. Pytanie dlaczego Gruzin musiał cofać się tak głęboko.
Brak dokładności
Widzew mógł postawić kropkę nad i. Mógł, lecz tego nie zrobił. Kilka kontr w drugiej połowie zostało wyprowadzonych, lecz każda została zmarnowana. Maciej Kazimierowicz, Mikołaj Gibas oraz Mateusz Michalski mając świeżych zawodników w przodzie mogli, a nawet i powinni ich uruchomić w ten sposób, by zdobyć trzeciego gola. Olimpia jakby nie patrzeć odkryła się i nie wiedzieć czemu łodzianie nie wykorzystali dziur. Nawet na początku drugiej odsłony nieco lepiej mógł zachować się Filip Mihaljević. Później łodzianie wyprowadzili także kontrę lewą flanką, ale dośrodkowanie było za mocne i przeleciało przez całe pole karne. Takich zagrań było oczywiście więcej. Być może trener powinien był wprowadzić kogoś do środka pola za mniej doświadczonego Gibasa. Może postawienie na Michaela Ameyawa rozruszałoby nieco ofensywę łodzian, tym bardziej że zawodnik ten nieźle prezentował się podczas swoich poprzednich występów.
Błędy indywidualne
Największe zastrzeżenia jednak kibice powinni mieć do linii defensywnej łodzian. Głównie chyba do pary środkowych obrońców. Trener powinien zadać pytanie Sebastianowi Zielenieckiemu oraz Radosławowi Sylwestrzakowi, gdzie obaj byli, gdy strzelał chociażby Przemysław Kita. Napastnik Olimpii nie powinien w ogóle nawet dostać szansy odwrócenia się, nie mówiąc o jakimkolwiek nawet zamachnięciu się, a ten dostał nawet czas na strzał. Sylwestrzak również nie powinien raczej faulować w takim momencie meczu przeciwnika, więc może sobie pluć w brodę. Bliski wyratowania remisu był Patryk Wolański, zabrakło jednak asekuracji dwóch stoperów, którzy zapomnieli chyba, że gra się do końca.
Mimo wszystko Widzewowi przyda się taki zimny prysznic. Kiedyś w końcu trzeba było przegrać. Dobrze, że łodzianie wywalczyli sobie akurat dużą przewagę punktową, dlatego do kolejnych spotkań można podchodzić spokojniej. Ten mecz pokazał, że Widzew nie jest nietykalny i można mu odebrać punkty, a sami piłkarze łódzkiego zespołu powinni po tej porażce być bardziej skoncentrowani w kolejnych meczach.
Komentarze
Prześlij komentarz