Sobotnia porażka z Lechią Gdańsk komplikuje przedsezonowe plany Widzewa. Łódzki zespół zmierza w odwrotnym kierunku do zaplanowanego jeszcze kilka miesięcy temu.
Rzeczywistość Widzewa miała wyglądać zupełnie inaczej. Z kolejki na kolejkę robi się jednak coraz bardziej nerwowo. Trudno właściwie nazwać widzewiaków "drużyną". Podopieczni trenera Igora Jovicevicia nie sprawiają drużyny, która pójdzie nie tylko za sobą w przysłowiowy ogień, ale nawet nie czerpie radości z tego co robi. Presja, którą tyle razy się przytacza wiąże tym ludziom nogi, a najgorsze w tym wszystkim, że sam trener który jest wciąż najświeższą osobistością w klubie nie jest w stanie zmienić nic.
Niemalże cała drużyna zagubiła gdzieś swoją formę. Wielu z przybyłych tu zawodników miała robić różnicę, podnieść jakość sportową jakiej nie było w poprzednim sezonie. Niestety różnicy nie ma żadnej. Nawet po objęciu prowadzenia, Widzew nie ma apetytu na kolejne gole. Cofa się, jakby przestraszony potęgą Lechii, która przecież zimę najchętniej spędziłaby poza strefą spadkową. Widzew nie zachowuje się jak przystało na drapieżnika. Po wyczuciu krwi nie atakuje, a to przecież jest mentalność zwycięzców. Można mieć często wrażenie, że łodzianie są sparaliżowani. Z punktu kibica wrażenie może jest mylne, ale trudno jest znaleźć nie tyle co pomysł na grę, ale i radość z gry jako takiej. A przecież granie w piłkę, to nie praca na kasie w supermarkecie czy jazda "paleciakiem" po magazynie. To sport, który sam w sobie powinien dawać satysfakcję, zadowolenie.
Drużyna jest rozbita mentalnie, trener nie ma najwidoczniej pomysłu jak dotrzeć do swoich piłkarzy, a kolejne potknięcia sprawiać będą, że presja w klubie będzie tylko narastać. Trzeba mieć nadzieję, że ostatnie kolejki, które na papierze wyglądają na łatwiejsze, przerwa reprezentacyjna i fakt, że Widzew wciąż trwa na wszystkich frontach spowodują jakąś poprawę.
Komentarze
Prześlij komentarz