Poprzednio, podczas pierwszego meczu Widzewa pisałem, że Widzew udanie rozpoczął rozgrywki II ligi. Tym razem muszę się pokusić o nieco bardziej odpowiednie słowo, by oddać to co wydarzyło się na stadionie Rozwoju podczas drugiej serii zmagań. Pogrom, lanie po widzewsku, tak można bez końca. Łodzianie, którzy według Marka Koniarka- trenera Rozwoju, nie byli faworytem tego meczu pokonali jego zespół w bardzo przekonujących rozmiarach, choć na początku na to się kompletnie nie zanosiło. Z czasem jednak Widzew się rozkręcał, jakby poczuł że jest tym Widzewem z lat 80' bądź 90'. Co prawda styl był zapewne niezwykle daleki do tego, jaki pamiętają ci starsi fani, ale ważne że wynik się zgadza i łodzianie nie dość, że wrócili do Łodzi z trzema punktami, to w dodatku z mocno poprawionym bilansem bramkowym.
O Rozwoju
Jak wspomniałem niewiele się zanosiło na tak okazałe zwycięstwo przyjezdnych. Rozwój co rusz stwarzał sobie bardzo dobre sytuacje, ale tyle ile stworzył tyle też zmarnował. Kilka razy na bohatera wyszedł także Patryk Wolański pokazując jak powinno się bronić. Katowiczanie nie zaskoczyli swoim stylem gry. Często atakowali skrzydłami i właśnie z obu flanek tworzyły się największe zagrożenia. Wyróżniali się gospodarze również tym, że w pierwszej części gry miotali widzewiakami poprzez swoje wyszkolenie techniczne, stąd dochodziło do częstych przewinień. Stałe fragmenty gry jednak nie okazały się skuteczną bronią. Skuteczny okazał się natomiast zespół gości. Błąd w kryciu jednego ze skrzydłowych sprawił, że Rozwój na przerwę schodził z jednym golem do tyłu. Po przerwie była już prawdziwa tragedia. Rzut karny sprawił, że Rozwój usiadł i tak miotał momentami gośćmi, tak sam został omotany. Potem zgodnie ze śpiewką Widzewa padł również trzeci i czwarty gol, a mogło być jeszcze wyżej. Czy katowiczanie zasłużyli na tak wysoką porażkę? I tak i nie. Po pierwsze brakowało nieco szczęścia gospodarzom, ale kto nie potrafi wykorzystywać okazji na strzelenie gola, to już jego problem. Mnie osobiście jednak szkoda zespołu trenera Koniarka. Były napastnik Widzewa przed meczem ponoć twierdził, że jego zespół jest faworytem i po meczu nic się nie zgadza. Na pewno jednak potencjał w zespole jest. Ktoś jednak te gole strzelać musi, a o tym jak je zdobywać wie najlepiej nie kto inny jak trener Rozwoju.
O Widzewie
Do łodzian można byłoby się przyczepić od pierwszych minut. Siedząc i oglądając to spotkanie momentami miałem ochotę łapać się za głowę patrząc na to, co wyprawiają widzewscy defensorzy. Boki obrony były niczym autostrada bez bramek. W środku pomocy Maciej Kazimierowicz oraz Simonas Paulius mieli ogromne problemy z zatrzymaniem kreatywnych pomocników rywala, którzy nie bali się gry jeden na jeden. Widzewiacy, więc uciekali się do fauli. Również i skrzydła nie działały tak jak powinny, a w konsekwencji Robert Demjan był bezrobotny w przodzie. Trener Radosława Mroczkowski najwidoczniej jeszcze przed przerwą potrafił ogarnąć swoich podopiecznych i ci nagle zaczęli grać z większym polotem w przodzie. Później łodzianie zachowywali się jak król ringu. Jeden gong, drugi gong, trzeci gong i za czwartym nokaut. W tym wesołym meczu bardzo dobrze, że to łodzianie złapali wiatru w żagle. Oby w każdym kolejnym meczu, to widzewiacy grali z większą pewnością siebie i chęcią wygrywania meczów. Teraz pytanie, czy Widzew nabierze większej pewności siebie i się rozkręci czy ta pewność ich zgubi.
O Rozwoju
Jak wspomniałem niewiele się zanosiło na tak okazałe zwycięstwo przyjezdnych. Rozwój co rusz stwarzał sobie bardzo dobre sytuacje, ale tyle ile stworzył tyle też zmarnował. Kilka razy na bohatera wyszedł także Patryk Wolański pokazując jak powinno się bronić. Katowiczanie nie zaskoczyli swoim stylem gry. Często atakowali skrzydłami i właśnie z obu flanek tworzyły się największe zagrożenia. Wyróżniali się gospodarze również tym, że w pierwszej części gry miotali widzewiakami poprzez swoje wyszkolenie techniczne, stąd dochodziło do częstych przewinień. Stałe fragmenty gry jednak nie okazały się skuteczną bronią. Skuteczny okazał się natomiast zespół gości. Błąd w kryciu jednego ze skrzydłowych sprawił, że Rozwój na przerwę schodził z jednym golem do tyłu. Po przerwie była już prawdziwa tragedia. Rzut karny sprawił, że Rozwój usiadł i tak miotał momentami gośćmi, tak sam został omotany. Potem zgodnie ze śpiewką Widzewa padł również trzeci i czwarty gol, a mogło być jeszcze wyżej. Czy katowiczanie zasłużyli na tak wysoką porażkę? I tak i nie. Po pierwsze brakowało nieco szczęścia gospodarzom, ale kto nie potrafi wykorzystywać okazji na strzelenie gola, to już jego problem. Mnie osobiście jednak szkoda zespołu trenera Koniarka. Były napastnik Widzewa przed meczem ponoć twierdził, że jego zespół jest faworytem i po meczu nic się nie zgadza. Na pewno jednak potencjał w zespole jest. Ktoś jednak te gole strzelać musi, a o tym jak je zdobywać wie najlepiej nie kto inny jak trener Rozwoju.
O Widzewie
Do łodzian można byłoby się przyczepić od pierwszych minut. Siedząc i oglądając to spotkanie momentami miałem ochotę łapać się za głowę patrząc na to, co wyprawiają widzewscy defensorzy. Boki obrony były niczym autostrada bez bramek. W środku pomocy Maciej Kazimierowicz oraz Simonas Paulius mieli ogromne problemy z zatrzymaniem kreatywnych pomocników rywala, którzy nie bali się gry jeden na jeden. Widzewiacy, więc uciekali się do fauli. Również i skrzydła nie działały tak jak powinny, a w konsekwencji Robert Demjan był bezrobotny w przodzie. Trener Radosława Mroczkowski najwidoczniej jeszcze przed przerwą potrafił ogarnąć swoich podopiecznych i ci nagle zaczęli grać z większym polotem w przodzie. Później łodzianie zachowywali się jak król ringu. Jeden gong, drugi gong, trzeci gong i za czwartym nokaut. W tym wesołym meczu bardzo dobrze, że to łodzianie złapali wiatru w żagle. Oby w każdym kolejnym meczu, to widzewiacy grali z większą pewnością siebie i chęcią wygrywania meczów. Teraz pytanie, czy Widzew nabierze większej pewności siebie i się rozkręci czy ta pewność ich zgubi.
Komentarze
Prześlij komentarz